wtorek, 18 czerwca 2013

Red Ice Tea.



Są dni, które zaczynają się właściwie dobrze. Wczesnym / bardzo wczesnym (niepotrzebne skreślić) rankiem udaje się właściwie zrobić wszystko, co zaplanowane i nieprzewidziane (rezalizacja tego drugiego szczególnie cieszy, choćby w kontekście na 10 minut przed odjazdem autobusu szkolnego -  mama a dzisiaj do szkoły miałem przynieść...) Wychodzi się z domu z poczuciem dobrze opanowanych rutynowych i nie, zwrotów akcji. Schody zaczynają się gdy zaczynasz marznąć, czekając na przyjazd pociągu, który oczywiście się spóźnia. Pocieszasz się, że przecież zapowiadali na dziś upał. Ale już wiadomo, że w biurze zmarzniesz, bo swetra nie wzięłaś. Podróż pociągiem przywraca właściwy rytm, udaje Ci się uspokoić.

I myślisz sobie, to może być dobry dzień.

Utrzymujesz się w tym przekonaniu do momentu, gdy spojrzysz w lustro (to samochodowe, w którym robiłaś makijaż nie mogło zdradzić więcej prócz zmarszczek mimicznych i konieczności odwiedzin u kosmetyczki) w biurowej łazience. I czujesz się jak bohaterka reklam. W stylu nauczycielki, której dzieci kolor bluzki określają jako szary... bo i bluzka, której dawno nie nosiłaś okazuje się zszarzała i jakby to powiedzieć – lekko zbyt dopasowana... Dzień spisujesz na straty. Chowasz się po kątach, starasz się być niewidzialna... Kiedy w końcu udaje Ci się przebrnąć tak przez kilka kolejnych godzin, biegniesz na metro, którego drzwi zamykają Ci się przed samym nosem. Następne przyjeżdża wprawdzie wkrótce, ale z niewiadomych przyczyn zatrzymuje się na 5 minut na jednej ze stacji. Te właśnie 5 cennych minut, które miałaś w zapasie, żeby zdążyć na pociąg...  Może pociąg się spóźni... Nie spóźnił się. A ty zdążyłaś wbiec na peron, by jeszcze zobaczyć oddalający się ostatni wagon... a razem z nim przybliżającą się niebezpiecznie wizję spóźnienia u dentysty.

W ciągu pół godziny oczekiwania na następny pociąg uświadamiasz sobie, że masz odciski, przez szpilki, które założyłaś po raz pierwszy w tym sezonie. A dzieci nie mają klucza do domu i czekają w ogrodzie. Całe szczęście przestało padać. Choć deszczu nikt nie zapowiadał, w przeciwieństwie do upału...

Listę niefortunnych zdarzeń dopełnia pomylona godzina wizyty u dentysty. Na obronę dodać mogę, że zdążyłam zatankować (okazuje się, że jeżdżenie na oparach nie sprawdza się na dłuższą metę) zanim właściciel stacji jej nie zamknął, jakby tylko czekał na nasz przyjazd a synek drugi dzielnie zniósł wizytę u dentysty. Następna za tydzień.

Czy kiedyś już Wam mówiłam, jak bardzo nie lubię poniedziałków?

Była taka jedna chwila w ciągu dnia, kiedy zrobiło mi się lepiej na duszy. Wyjęłam z lodówki mocno schłodzoną butelkę czerwonej "herbaty" przygotowanej w niedzielę. Zadziałało. Uspokoiłam się, wmawiając sobie, że nie ma co kumulować w sobie złych emocji. Poniedziałek niczemu winien nie jest, tylko zła organizacja. A mnie się zawsze wydawało, że jestem dobrze zorganizowaną osobą. Duży łyk herbaty. Przecież jestem dobrze zorganizowaną osobą... Jak nie, jak tak!

Rooibos polecany jest wszystkim osobom z niedoborami żelaza. Jest bezpieczny dla dzieci i ma właściwości chłodzące. Polecam ... gorąco.





Red Ice Tea

Składniki:
"herbata" Rooibos w saszetkach (po 2 na każde 250 ml wody)
1 pomarańcza
sok z 1cytryny
duża garść truskawek
miód do smaku
syrop różany (opcjonalnie) - 2-3 łyżki
lód w kostkach (opcjonalnie)
ew. inne świeże owoce – ananas, melon

Przygotowanie:
1.       Saszetki z Rooibosem zaparzamy w 250 ml wody, pozostawiamy pod przykryciem 3-5 minut. Przelewamy esencję do dzbanka, w którym będziemy przygotowywać napój i schładzamy w lodówce. W lodówce powinna się też znaleźć woda, którą dodamy do napoju.
2.      Do dobrze schłodzonej esencji dolewamy wodę, doprawiamy miodem i sokiem z cytryny, ewentualnie syropem różanym.
3.      Połowę pomarańczy wkrajamy do napoju, z reszty wyciskamy sok. Dodajemy pozostałe owoce. Schładzamy. Podajemy z liśćmi mięty.




Smacznego!

piątek, 14 czerwca 2013

Krem pomidorowy z mozzarellą.


 
 
Zmęczenie daje o sobie znać. Widać jak bardzo dzieci potrzebują już wakacji. Długi dzień nie sprzyja wczesnemu chodzeniu spać, a rano nie ma jak wstać, i tak wciąż niewyspani, lekko wymęczeni szkolną marszrutą, w nerwowym oczekiwaniu na labę.
 
Pogoda przedziwna. Rano 19 stopni. Na plecach czuję ciężki oddech nieba. W ciągu dnia już tylko się ochładza a deszcz upiera się przy swoim. Cieszę się jednak, że mogę obserwować wszystko z bezpiecznego dystansu wnętrza domu, i że w ogóle w domu jestem. Synek drugi zachorował. Już mu lepiej, czas powrócić do swoich obowiązków.
 
Ja marzę o wakacjach. Nie mam na myśli konkretnego wyjazdu czy miejsca. Marzy mi się czas, kiedy nie będę musiała odrabiać lekcji (z dziećmi), wstawiać prania na akord i pamiętać o wszystkim (i tak nie pamiętam...) I jednocześnie - taka jestem szczęśliwa, że wszystkie te nasze wysiłki i zobowiązania, troski i zmartwienia sięgają jedynie granic zwyczajnej codzienności.
 
Z tą radością budzę się rano i od 7 gotuję zupę. Mam wreszcie chwilę, żeby spokojnie zrobić zdjęcia i o 9 zjadam ją na śniadanie. Jaka pyszna... Koło południa, kiedy wstaje synek drugi (ten to lubi pospać...) zjadam kolejną porcję, której nie chce mi się podgrzać. I wciąż taka jest dobra.
 
Jak ja lubię pomidory!
 
 
 

Krem pomidorowy z mozzarellą 

Składniki: dla 4 osób
1,5 kg pomidorów (najlepiej 2-3 różnych gatunków)
1 cebula (100g)
5 ząbków czosnku (15g)
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
1 kulka mozzarelli (125g)
2 łyżeczki soli
pieprz
1 łyżka miodu 

Na crumble chlebowo-serowe:*
1 łyżka oliwy
60 g bułki tartej**
30 g parmegiano reggiano
1 łyżeczka suszonej bazylii 
 
*to tylko propozycja podania, róznie dobrze można podać ten krem z pesto lub bagietką zapiekaną z masłem czosnkowym, wedle uznania
**bułkę tartą przygotowuję zawsze sama. Lubię taką grubo zmieloną, chrupiącą. Jeżeli takiej nie macie warto użyć do tego czerswego chleba startego na grubej tarce.
 

Przygotowanie:
1.       Pomidory sparzamy wrzątkiem. Zdejmujemy skórkę, kroimy na mniejsze części. Wkładamy do garnka na dość dużym ogniu. Kiedy zabulgoczą zmniejszamy ognień. Gotujemy 20 minut.
2.      W tym czasie siekamy cebulę i czosnek, nie musi być drobno. Podduszamy je na oliwie z masłem, doprawiamy solą i pieprzem. W połowie gotowania dodajemy je do pomidorów w garnku, mieszamy.
3.      Przygotowujemy crumble. Na tej samej patelni, na której dusiliśmy cebulę wylewamy oliwę, dodajemy bułkę tartą, przyrumieniamy. Zdejmujemy z ognia. Studzimy. Łączymy z bazylią i serem.
4.      Po upływie 20 minut miksujemy pomidory w garnku. Dodajemy pokrojoną na mniejsze części mozzarellę, mieszamy gotując na małym ogniu do dokładnego rozpuszczenia i połączenia wszystkich składników, doprawiamy miodem. Możemy ponownie całość zmiksować, jeżeli zależy nam na gładkiej konsystencji.
5.      Podajemy na ciepło lub schłodzony, posypany chlebowo-serowym crumble.  

 
 
Smacznego!

czwartek, 13 czerwca 2013

Warsztaty fotograficzne i Weekend ze smakiem.


 
 
Nigdy nie byłam ze Wrocławiu. Nigdy nie uczestniczyłam w spotkaniu blogerów. Ani tym bardziej w warsztatach fotograficznych. Wszystko to było nowe, zaskakujące. Pozytywnie, z uśmiechem, owocnie.

Moja przygoda z Europą na widelcu zaczęła się zdaje się 3 lata temu, kiedy wygrałam konkurs na najlepszy europejski przepis. Pamiętacietę tartę? Ja pamiętam, że relację z wręczenia nagród oglądałam w sieci, nie sądziłam, że kiedyś będę miałą okazję zobaczyć cały festiwal na żywo, na miejscu, we Wrocławiu. I fajnie było uświadomić sobie, jak ciąg wielu różnych zdarzeń , podejmowanych decyzji i wyborów zaprowadziły mnie do Wrocławia. Niemal jednocześnie z Europą na widelcu zaczęła się współpraca z Cookletem. Nareszcie miałam okazję poznać ludzi, których znałam dotychczas li tylko wirtualnie. To na zaproszenie Cookleta i miasta przleciałam do Wrocławia.

Nie wiem, jak wyglądają inne tego typu blogerskie spotkania, w przypadku tego zdecydowanie to właśnie kameralność była jego wielkim atutem. Dobrze było wiedzieć, że na lotnisku czekać będzie kierowca, w hotelu Marta z Cooklet'a a kiedy podczas pokazu multimedialnej fontanny zaatakują komary – organizatorzy zorganizują ochronny spray, bo naprawdę warto było to zobaczyć, miast uciekac przed insektami. Że o integracji do poźnych godzin nocnych w klubie przy tancach i przednich drinkach nie wspomnę.

Można rozpatrywać to wydarzenie pod kilkoma co najmniej względami. Kulinarnie było niezwykle ciekawie i inspirująco. Podczas wielkiej biesiady na wrocławskim rynku można było spróbować dań 20  kuchni europejskich. Wśród nich egzotycznej z nazwy i smaku Turos-kapros lepeny czyli tzw. szarlotki koprowej (kruchego ciasta z twarogiem i koprem) – propozycji Węgier, Cocido madrileno czyli jednogarnkowego dania z ciecierzycy, mięsa i warzyw z dodatkiem kiełbasy chorizo – propozycji Hiszpanii oraz dań kuchni wrocławskiej przypominających smaki dawnego i współczesnego Wrocławia - zupy orkiszowej z drobiowymi klopsikami, crème brulée ze szparagami czy zupy z milickiego karpia i warzyw. Menu biesiady znajdziecie na stronie – www.smakiwroclawia.pl , wszystkie przepisy zaś na stronach Cookleta www.cooklet.com Wielkim plusem tego festiwalu jest fakt, że nie ma tu wielkich sponsorów, co zdecydowanie przekłada się na estetykę wydarzeń na rynku, to władze miasta zapewniają produkty, z których przygotowane są dania (a mówimy tu o poważnych ilościach, przekładających się na tysiące porcji), koszt jednego bonu, za który kupuje się dania to zaledwie 5 zł, przy czym zebrane fundusze nie wracają do miasta a przeznaczane są na staże kulinarne dla uczniów wrocławskich gastronomików.

Jednocześnie na rynku odbywał się jarmark produktów europejskch, gdzie obok specjałów włoskich, greckich czy francuskich można było kupić szparagi, polskie wina czy sery zagrodowe.

Naszą uwagę i czas dzieliliśmy między biesiadę a wydarzenia dedykowane nam – blogerom, uczestnikom Weekendu ze smakiem. Mieliśmy zatem okazję spotkać się w Restauracji Bernard i posłuchać opowieści o menu, historii powstania i życiu od kuchni tego znanego we Wrocławiu miejsca. Już wtedy nabraliśmy ochoty na smażony ser z sosem tatarskim, który później serwowany był podczas biesiady. Potem był obiad w Mosaiq, czyli wyborna pierś z kaczki gotowanej w niskiej temperaturzepodawana z cykorią, ragout z grzybów leśnych oraz młodymi ziemniakamiz koperkiem. Że o niesamowitym czekoladowym moelleux nie wspomnę, tak dobrego i przygotowanego idealnie nie jadłam jeszcze nigdy. Chapeau! W kuchni ART Hotelu porozmawialiśmy sobie dłuższą chwilę o zupie orkiszowej, która miała być serwowana następnego dnia podczas biesiady, poczęstowano nas też jedalnymi kwiatami storczyka i pysznym sernikiem, który osłodził nam skutecznie chwilowe ochłodzenie i strugi deszczu.

A skoro już mówimy o Mieście spotkań... mieliśmy okazję poznać Roberta Makłowicza, Piotra Bikonta i Piotra Kucharskiego, porozmawiać o kulinariach, kuchni Wrocławia, produktach regionalnych, nalewkach...

Nie sposób opisać wszystkich wydarzeń. Zatrzymałam się na tych z pierwszego dnia, a przecież to był zaledwie początek, bardzo intensywny początek. Wspomnę więc jeszcze tylko o warsztatach fotograficznych, na które bardzo czekałam i liczyłam.

Poprowadziły je Paulina Kolondra i Sylwia Mucha. Jestem pod wrażeniem profesjonalizmu i otwartości dziewczyn, które podzieliły się z nami swoimi doświadczeniami. Mam poczucie, że magłabym spędzić na rozmowie z nimi wiele godzin dlatego tak cieszą te wspólnie spędzone, z których starałam się dowiedzieć jak najwięcej. Całość przygotowana, przemyślana w szczegółach, dobrze zorganizowana. Paulina przywiosła do siedziby Cookleta, w której odbywały się warsztaty prawie wszystkie swoje dechy i propsy a my fotografowaliśmy dania z biesiady. Dla mnie to było bardzo motywujące i budujące spotkanie. Móc porozmawiać o fotografii kulinarnej ze znawcami to ważne doświadczenie. Ostatnio nie mam zupełnie czasu na robienie zdjęć, wybieram bezpieczne rozwiązania, stylizacje i kadry... Tymczasem, po warsztatach zmieniłam podejście.

Na koniec nie może obejść się bez podziękowań. Dzięki wielkie Marcie, Grzegorzowi, Kasi i Rafałowi z Cookleta oraz Piotrowi z Ikony. Za zaangażowanie przekraczające standardy, jakkolwiek to brzmi, uśmiech, energię i wspólnie, niezwykle spędzony czas. Wiem, że do Wrocławia będę wracać z wielką radością. I już cieszę się na następne spotkanie. Może dopiero za rok, ale z pewnością warto poczekać. Dziękuję!

PS. Informacje o Weekendzie ze smakiem i jej uczestnikach znajdziecie tutaj.
Jutro zapraszam na przepis na tak dobrą zupę, że zjadłam ją na śniadanie, nie mogąc doczekać się pory lunchu.
 
 
 Zdjęcia jednej ze stylizacji przygotowanej podczas warsztatów z naszą grupą.
 
 
Wrocławskie krasnale we własnej osobie...
 
 
 Misato spotkań, pokoleń i różnych kultur, ludzi i czasów...
 
 
Te zdjęcia robiłam rano, zanim biesiada rozpoczęła się na dobre.
 
 
 
Smacznego spotkania we Wrocławiu, za rok!
 

piątek, 7 czerwca 2013

Sernikowe trifle z truskawkami.


 

Stres przed podróżą daje o sobie znać. Do tego ciągłe wrażenie, że już o czymś zapomniałam, choć przecież jeszcze nawet nie zdążyłam wyjechać. Tak już mam. A jeszcze wczoraj, w ciepłym świetle popołudnia smakowaliśmy spokojnie deser z truskawkami... 
 
Polecam go Waszej uwadze. Jest szybki, wdzięczny i niewymagający. Dla mnie – idealny. 

Mam nadzieję, że prognozy dotyczące Wrocławia okażą się w rzeczywistości dużo bardziej optymistyczne... Obiecuję Wam po powrocie relację. W końcu to Weekend ze smakiem, będę Wam miała z pewnością wiele do opowiedzenia.

 
 

Sernikowe trifle z truskawkami 
 
Składniki:
ok. 300 g truskawek
5 łyżek cukru
250 g kremowego twarożku (użyłam Campiny)
200 ml śmietanki 36%
ziarno Tonki lub wanilia
120 g ciastek do tiramisu lub biszkoptów 
 
Do nasączenia biszkoptów:
4 łyżki likieru (użyłam truskawkowego z tego przepisu)
3 łyżki czerwonej herbaty
1 łyżka miodu 
 
Przygotowanie:
1.       Mieszamy likier, czerwoną herbatę i miód.
2.      Biszkopty rozkruszamy w dłoniach. Skrapiamy je likierem z herbatą. Mieszamy dokładnie. Przekładamy je na dno 6 kieliszków.
3.      Truskawki myjemy, pozbawiamy szypułek. Odstawiamy.
4.      Śmietanę ubijamy z cukrem. Dodajemy twarożek, łączymy dokładnie. Dodajemy utarte ziarno Tonki lub wanilię albo aromat migdałowy.
5.      Połówki truskawek układamy na pokruszonych ciastkach.
6.      Całość zalewamy masą serową. Dekorujemy.

 


Smacznego!

środa, 29 maja 2013

Truskawkoterapia.


 
Pogoda ja tabletka na sen. Albo kołysanka. Niech już będzie to lato może chociaż, skoro wiosny nie było. Truskawek nie będzie tu z wtym roku zbyt wiele. Podobnie jak wielu innych owoców i szparagów. Lawenda chyba w ogóle nie zakwitnie. Kwiatów i ziół w ogrodzie nie podlewam od ponad miesiąca. Woda stoi w donicach niemal cały czas. Potrzebna natychmiastowa pociecha. Truskawkoterapia.
 
Są proste, szybkie i efektowne. Dzieci się nimi zajadają a rodzice mają nadzieję, że coś dla nich po tej uczcie jednak zostanie. Marne szanse... Ciasteczka można upiec i przechowywać w szczelnie zamkniętym pudełku, krem przygotowujemy tuż przed podaniem. W sezonie letnim, oby był jak najdłuższy i ciepły, warto mieć takie rozwiązanie pod ręką. Polecam gorąco.
 
 
 

Sablé z kremem marcepanowym i truskawkami 

Składniki: na około 30 sztuk
 
Na kruchy spód:
235 g mąki
50 g semoliny (można zastąpicz krupczatką)
85 g cukru pudru
125 g masła w temperaturze pokojowej
4 łyżki białego lub różowego wina (można zastąpić zimną wodą lub sokiem)
1 żółtko 

Na krem:
250 ml śmietany kremówki
175 g marcepana
 

Przygotowanie:
1.       Na blat wysypujemy mąki i cukier puder. Do zagłębienia wbijamy żółtko, wlewamy wino/sok i dodajemy kawałki masła. Szybko wyrabiamy. Rozwałkowujemy na grubość 5 mm. Wykrawamy kółka, układamy je na blasze wyłożonej pergaminem.  Blaszkę wstawiamy do zamrażarnika na 25 minut.
2.      Nagrzewamy piekarnik do 175 stopni.
3.      Wstawiamy foremkę z ciastami. Pieczemy około 10 minut, aż się lekko zezłocą. Lepiej wyjąć je z piekarnika ciut za wcześnie, „dojdą” jeszcze, stygnąc. Ciasta studzimy na kratce.
4.      Myjemy, obieramy i suszymy truskawki. Kroimy w plasterki lub połówki lub ćwiartki, zależnie od ich wielkości i naszej chęci ich przystrojenia.
5.      Ubijamy mikserem kremówkę. Dodajemy utarty marcepan. Miksujemy na gładką masę. Jeśli mimo wszystko nie będzie gładka, przecieramy ją dodatkowo przez sito.
6.      Smarujemy ciasteczka kremem, układamy truskawki, posypujemy miętą lub pistacjami.
 
 
 
 
 
 
Smacznego!

poniedziałek, 27 maja 2013

Krrrucha tarta marcepanowa. Z grejfrutem.



W chwilach, kiedy nie jest łatwo usiłuję sobie przypomnieć jak było kiedyś, wcześniej, jeszcze tak niedawno. Tak, jakby pójście do pracy było wielkim kataklizmem... a przecież nie jest, choć siła rażenia porównywalna, jeśli przyjrzeć się bliżej naszej zmienionej codzienności. Jego skutki bywają boleśnie odczuwalne. Pozytywnie także, nie mam co do tego wątpliwości. Ale w chwilach takich jak ta dzisiaj, skupiam myśli na przypomnieniu sobie tamtego trybu życia, w drobnych szczegółach, które swoją oczywistością wymazywały poczucie nadzwyczajności, a przecież było ich tak wiele.

Blog jest chyba jedynym, może powinnam bardziej się skupić, ale chyba jedynym, co pozostało z tamtych czasów. Bo i pasja pozostała. Ratuje mnie i uwalnia i cieszę się, że jest ktoś, kto przeczyta te słowa jutro. Dziękuję Wam i życzę dobrego tygodnia, tym bardziej, że przed Wami długi weekend. Odpoczywajcie i cieszcie się wiosną.

Pamiętam jeszcze, że w piątek oniemiałam w zachwycie nad tym ciastem. Może to i nieskromnie brzmi, ale nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy osiągnąć dokładnie takiego efektu, jaki sobie wymarzyłam. Zazwyczaj przewiduję, rozpisując listę składników, że coś powinno wyjść tak i tak, mieć taką konsystencję i tak smakować. Ale nigdy jeszcze efekt nie zaskoczył mnie tak bardzo pozytywnie. Kruchy spód jest idealnie kruchy, lekki i nie nasiąka (specjalnie zostawiłam sobie kawałek na drugi dzień, żeby to sprawdzić po kilkunastu godzinach). Marcemanowa masa ma delikatną, trzeba przyznać, bardzo słodką konsystencję, która świetnie kontrastuje z kwaśnością grejfruta a grejfrut jest soczysty i nie rozpada się. Jest dość wykwintne w smaku, to słowo bardzo do niego pasuje. Polecam gorąco i zapraszam już wkrótce.


Krucha marcepanowa tarta z grejfrutem

Składniki:

Na kruchy spód:
235 g mąki
50 g semoliny (można zastąpicz krupczatką)
85 g cukru pudru
125 g masła w temperaturze pokojowej
4 łyżki soku grejfrutowego lub pomarańczowego
1 żółtko

Na warstwę marcepanową:
300 g marcepana
1 jajko
2 białka

Ponadto:
2 dość duże grejfruty*
*może się okazać, że nie wykorzystamy w całości obu owoców, ale potrzebujemy ich odrobinę więcej, aby móc spośród już obranych wybrać najrówniejsze i największe
kawałki

Przygotowanie:
1. Na minimum 24 godziny przed pieczeniem ciasta obieramy grejfruta pozbawiając go wszystkich błonek. Staramy się obierać go tak, aby uzyskać możliwie jak największe i równe kawałki. Obrane kawałki układamy na sicie, które umieszczamy na salaterce przykrywamy całość i odstawiamy w chłodne miejsce lub do lodówki na minimum 24 godziny.
2. Na ok. 45 minut przed pieczeniem ciasta przygotowujemy kruchy spód. Na blat wysypujemy mąki i cukier puder. Do zagłębienia wbijamy żółtko, wlewamy sok i dodajemy kawałki masła. Szybko wyrabiamy. Wykładamy nim foremkę do tarty o wymiarach 35 x 12 cm, wstawaimy ją do zamrażalnika na 35-45 minut.
3. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
4. Wyjmujemy ciasto z zamrażalnika, wstawiamy je do piekarnika na 15 minut nez nawiewu i na koniec jeszcze 2 minuty z nawiewem. Wyjmujemy, odstawiamy na chwilę by przestygło.
5. Marcepan kroimy na mniejsze kawałki. Miksujemy je z jajkiem. Powinniśmy uzyskać w miaręgładką i gęstą masę. Możemy na tym etapie przetrzeć ją przez sito, aby była gładka, ale nie jest to konieczne. W osobnej misce ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Dodajemy je do masy marcepanowej i delikatnie łączymy.
6. Na wystudzonym, podpieczonym spodzie układamy kawałki grejfruta, jedną warstwąwypełniając całe dno foremki.
7. Zalewamy owoce masą marcepanową. Wyrównujemy, wstawiamy do piekarnika.
8. Pieczemy około 15 minut, do momentu zezłocenia się wierzchu. Wyjmujemy ciasto.Kiedy przestygnie, posypujemy je posiekanymi pistacjami lub gałązkami mięty.









Smacznego!

sobota, 25 maja 2013

Dorsz w sosie estragonowym.


 

„Isaiah Berlin odłożył książkę na stolik i powiedział codziennie czytam i codziennie uświadamiam sobie, jak wiele mi zostało do przeczytania. A od czasu do czasu wracam do poprzednich lektur, ale czytam ponownie tylko te książki, które rzeczywiście zasługują na ten przywilej.

- A co decyduje o przyznaniu tego przywileju? – Teraz Bernat upodobnił się do Adriana.

- Umiejętność wywoływania fascynacji czytelnika; podziw dla inteligencji, jaką odnajduję w ponownie czytanej książce, lub dla piękna, które z niej emanuje. Chociaż w powrocie do już przeczytanych książek jest pewna sprzeczność.

- Co masz na myśli, Isaiah – wtrąciła się tante Aline.

- Książki, która nie zasługuje na ponowne przeczytanie, nie warto było czytać w ogóle. – Spojrzał na swoich gości (...) ale dopóki  jej nie przeczytamy, nie wiemy, czy zasługuje na drugie czytanie. Takie okrutne jest życie”. 

To książka przedziwna. 

Przypominająca momentami kilku innych bliskich mi autorów i jednocześnie jedyna, wyjątkowa. Nikt dotychczas takiej książki nie napisał... 

Wielowątkowa i jednocześnie na jeden temat. 

Nie daje zasnąć poźno w nocy, po to, by obudzić w jej środku, w niepokoju o kolejne słowa, które w następnej linijce mogą przenieść Cię, w ramionach narracji, o całe wieki wstecz, stawiając  znaki równości pomiędzy wydarzeniami odległymi od siebie o stulecia. 

To książka o tym, że wszystko w jednej chwili może nam zostać odebrane. Wszystko, bez wyjątku, to, co posiadamy i w czego posiadaniu jestesmy, każde z nich z osobna, pojedynczo, konsekwentnie, pozostawiając nas bezradnymi, w rozpaczy, chorobie, szaleństwie, nienawiści. 

I jednocześnie o tym,  że posiadając wszsytko życ nie potrafimy, nie potrafimy być  szczęśliwi, bo nie urodziliśmy się po to, żeby nimi być. 
 
Planowałam sobie jej lekturę na wakacje, kiedy w założeniu mam mieć więcej czasu. Leżała tak miesiąc, może dwa, w pobliżu, była jedną z pierwszych rzeczy, które widziałam po obudzeniu i w każdym momencie wejścia do sypialni: kusiła i jednocześnie troche odpychała,  onieśmialała. Wystarczyła chwila nieuwagi, powiedziała sobie zajrzę do niej tylko na chwilę, przeczytam tylko pierwszą stronę, zobaczę... i przepadłam po pierwszym zdaniu. Nie potrafiłam już jej odłożyć  i zapomnieć na jakiś czas.   

To książka, w których słowa żyją własnym życiem, według reguł podyktowanych przez autora. I niby zawsze tak jest, a jednak nie. Bo nagle reguły sprzeczne z tymi, do których przywykliśmy, wydają się najbardziej naturalne, a słowa żywe, pełne emocji.

„Wyznaję”
Jaume Cabré
 
 


Dorsz w sosie estragonowym 

Składniki:
400 g świeżego dorsza bez skóry
sól, pieprz, sok z limonki lub cytryny, trybula, zielona pitruszka 

Na sos:
1 łyżka oliwy
1 łyżka posiekanego drobno czosnku
5 łyżek białego wina (użyłam Pinot Blanc)
1 łyżka posiekanego drobno świeżego estragonu
1 łyżka gęstej śmietany do sosów
1 łyżka masła
2 łyżeczki miodu
2 żółtka
2 łyżki wody
sól, pieprz 

Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
2.      Oczyszczoną, osuszoną rybę układamy na dużym kawałku folii aluminiowej. Posypujemy solą i pieprzem, skrapiamy sokiem z cytryny, ukłądamy na wierzchu łodyżki pietruszki, posypujemy trybulą. Zawijamy możliwie szczelnie ale nie ciasno. Aromaty muszą móc krążyć wewnątrz. Wstawiamy do piekarnika, pieczemy bez nawiewu 20 minut.
3.      W połowie pieczenia ryby przygotowujemy sos.
4.      Na oliwie podduszamy czosnek, nie może zbytnio się przyrumienić. Zalewamy go winem, zwiększamy moc silnika odparowujemy , tak, aby płynu pozostało mniej więcej 2 łyżki. Dodajemy masło, miód, estragon i śmietanę. Mieszamy dokładnie. Zmniejszamy gaz. Dodajemy żółtka, mieszamy energicznie, zdejmujemy z palnika. Dodajemy gorącą wodę, mieszamy ponownie, doprawiamy solą i pieprzem, podajemy natychmiast razem z chrupiącymi ziemniaczanymi talarkami. 
 

Smacznego!

środa, 22 maja 2013

Scaloppine alla pizzaiola i oliwkowe purée.


 

 
Odkurzam kuchenne półki. Delikatnym ślizgiem szmatki unicestwiam ślady upływającego czasu. Nie jestem przesadnie pedantyczna. Wiem, że powinnam robić to częściej. Każdy drobiazg, choć nie ma ich dużo, waży znacznie więcej niż w rzeczywistości i ma za sobą naprawdę długą drogę. Z Zielonego Wzgórza, Zamoyskiego po dziś, tutaj, teraz...
 
Z szufladki ręcznego młynka wysypuje się resztka zmielonej nie wiadomo jak dawno temu kawy. Pamiętam jeszcze kiedy i gdzie go kupiłam.
 
- Jaki piękny ma pani płaszcz... – powiedziała moja ulubiona sprzedawczyni w sklepie z herbatą. Zieloną piłam wtedy w ogromnych ilościach a płaszcz wisi do dziś na wieszaku w starej szafie. Wciąż zastanawiam się, czy znowu wróci do łask mody. I wciąż pamiętam, że podziękowałam za komplement, to zasługa tego kołnierza powiedziałam jeszcze.
 
Zieloną herbatę i świeżo mieloną kawę.  
 
Kolej na stawiającą opór szmatce maszynkę do spieniania mleka. Okoliczności nabycia wyostrzone w pamięci jak ołówek szkicowy, dokładny i bezbłędny. Sentyment pokryty warstwą kurzu na słojach i słoiczkach, na ulubionej cukierniczce, jednej z trzech w ciągłym użyciu. Po co ich aż tyle w jednej kuchni? Doprawdy, nie wiem.  
 
Czas na książki, trzymane w możliwie największej odległości od serca kuchni, płyty grzewczej. A tak mi się marzy kuchnia gazowa. Może kiedyś.  
 
Tymczasem reaktywujemy stare kuchenne meble zmieniając klamki. Zobaczysz, jak będzie pięknie przekonuję cud-męża. On trochę nie wierzy w mój entuzjazm. Chciałaś przecież ją powiększyć. Tak, ale to wymaga nakładów. A klasyczne białe meble mogą tak jeszcze stać z dziesięć lat. Wymienimy blaty i kaloryfer, i jeszcze tylko piekarnik, i płytę i wystarczy. Jedna zazdroska potrafi zmienić tak wiele. Lubię moją kuchnię. Strasznie ją lubię. Nawet bez zmian, które w planach. Bo to atmosfera rozpływająca się w jej zapachach jest ważniejsza. Patrzę na nią moimi oczami uwielbienia dla wszystkiego co się tu wydarza. Procesów  tworzenia, odtwarzania, odgrzewania i podgrzewania... Tyle codziennych zdarzeń, spotkań, plam na obrusie i rozmów popijanych gorącą herbatą z cytryną i miodem, którą parzę w dużym dzbanku, tak żeby wystarczyło dla wszystkich. Szelest liści za oknem, śpiew ptaków na śliwie i lisy, zjadające kocią karmę tuż za progiem werandy. Zapach czosnku i pomidorów, drożdżowego ciasta i brownie. Wielka siła przyciągania. 
 
Lubicie swoje kuchnie? 
 
Ja lubię też kuchnie naszych przyjaciół. I nie jest ważne, jakiej marki meble czy sprzęt się tam znajduje ale świadomość, że każdy posiłek przygotowywany jest z wielkim entuzjazmem, radością i chęcią podzielenia się. Pamiętam historię wybitej ściany i tej, na której tynk zeskrobywano godzinami. Pewną mikroskopijną kuchnię w Bydgoszczy, gdzie wujek Marek lobi najlepse tosty z zółtym selem.
 
Dziś zapraszam Was na prawdziwie włoski obiad. Niezwykle prosty, szybki i łatwy w przygotowaniu. Przepis na scaloppini i sos pomidorowy pochodzi z książki Tessy Capponi, która na kilka długich godzin pozwoliła mi się przenieść w inny wymiar, toskańskiej rzeczywistości. Zamarzyła mi się podróż do tych miejsc, najlepiej teraz, natychmiast. Tymczasem musiały wystarczyć kuchenne wariacje na temat. Oliwkowe purée wymyśliłam sobie sama, wydawało mi się, że dobrze będzie tu pasowało. Miałam  nosa. Polecam gorąco. Izo, Krzysiu – wiem, że Wy na pewno spróbujecie. To także z myślą o Was ten wpis i przepis.


 

Scaloppine alla pizzaiola 

 
Składniki:
700 g młodej wołowiny (zrazówki)
1 szkl. sosu pomidorowego
2 czubate łyżeczki suszonego oregano
4 łyżki oleju lub oliwy z oliwek
1 łyżka kaparów
250 g mozzarelli
sól, pieprz 

 
Przygotowanie:
1.       Mięso kroimy w ciennkie plastry, lekko zbijamy.
2.      Na dużej patelni obsmażamy mięso na oleju, aż puści cały sok i ładnie się zrumieni, solimy.
3.      Polewamy mięso sosem pomidorowym, posypujemy oregano, zmniejszamy ogień i dusimy pod przykryciem około 20 minut (lub do miękkości).
4.      Pięć minut przed końcem gotwania ukłądamy na każdym kawałku z osobna plasterki sera. Patęlnię znowu przykrywamy i odczekujemy aż ser się rozpuści.
5.      Przed podaniem posypujemy kaparami i szczyptą świeżo zmielonego pieprzu.
 
Zimowy sos pomidorowy 
 
Składniki:
1 ½ kg świeżych pomidorów lub odpowiednia ilość pomidorów w zalewie albo 1 litr przecieru
4 średnie cebule
1 marchew
1 kawałek selera nasiowego (nie można go zastąpoć selerem korzeniowym, więc jeśli nie mamy naciowego, to trudno)
2-3 ząbki czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka suszonej bazylii lub garść świeżej
½ pęczka zielonej pietruszki
sól, pieprz, cukier 
 
Przygotowanie:
1.       Pomidory sparzamy, obieramy ze skórki (jeżeli używamy żwieżych) i kroimy na kawałki.
2.      Oczyszczamy i kroimy na kawałki pozostałe jarzyny.
3.      Do garnka o grubym dnie wrzucamy pomidory, jarzyny, obrany czosnek, zieloną pietruszkę, bazylię i oliwę. Mieszamy dokładnie.
4.      Gotjemy na łagodnym ogniu przez mniej więcej 1 godzinę,  pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu.
5.      Po tym czasie sos studzimy, rozdrabniamy mikserem i/lub przecieramy przez sito.
6.      Stawiamy z powrotem na gazie, dodajemy sól, pieprz i łyżeczkę cukru (dla złagodzenia kwaśnego smaku, który jest w pomidorach), i gotujemy na łagodnym ogniu jeszcze przez godzinę.
7.      Aby przygotować scaloppine alla pizzaiola potrzebujemy połowę porcji sosu pomidorowego z powyższych składników. Resztę zamrażamy na później lub gorący przelewamy do wyparzonych słoików i przechowujemy na później.
 
Przepisy na scaloppine i sos pomidorowy pochodzą z książki Tessy Capponi-Borawskiej „Moja kuchnia pachnąca bazylią”.
 
Oliwkowe purée 

 
Składniki: dla 2 osób
2 ząbki czosnku
40 g zielonych oliwek bez pestek
1 łyżeczka bazyliowego pesto
2 łyżki oliwy
375 g ugotowanych w osolonej wodzie ziemniaków
2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
1 łyżeczka majonezu
pieprz 

 
Przygotowanie:
1.       Oliwki miksujemy z oliwą, pesto i czosnkiem.
2.      Łączymy je z ugotowanymi ziemniakami i ucieramy z jogurtem i majonezem na gładkie purée. Doprawiamy. Podajemy.
 
Smacznego!