środa, 30 lipca 2014

Opowieści z Lizbony, część 3.


IMG_8098


To nie na Targu Złodziei. Wiatr przywłaszczył sobie słowa płynące sznureczkami zdań na Cabo da Roca. Wycieczka, pomyślana jako sielankowa wyprawa niedzielna, zamieniła się w walkę z żywiołem na krawędzi lądu i oceanu. Lądu, opadającego z imponującą dezynwolturą ponad 140 metrów w dół.  Ale to było też kolejne miejsce na portugalskiej ziemi, gdzie wyrażenie „oddychać pełną piersią” zyskało na pojemności. I tylko szkoda było, że wiatr zwyczajnie nas stamtąd wygonił. I nie było jak posiedzieć sobie nad przepaścią i podumać na tym najdalszym zachodnim skrawku starego kontynentu.

Lizbona – Sintra – Cabo da Roca – Cascais – Lizbona...

W "Muzyce moich ulic" Marcin Kydrynski wspominał swoje spotkanie z Carlosem do Carmo. "Carlos mówił o nowym projekcie z entuzjazmem, ale nie wydawał się w dobrej formie. Jakby powoli wycofywał się z życia, ustępując miejsca innym, młodym artystom. Mówił sporo o Bernardo Sassettim, wybitnym pianiście jazzowym, z którym niewiele wcześniej nagrał wspólny album. Widział dla niego wielką przyszłość, już nie w Portugalii, gdzie Bernardo osiagnął wszystko, ale na całym świecie. Miesiąc później Bernardo Sassetti spadł ze skały w pobliżu Cascais. Fotografował. Potrzebował pejzaży do książeczki swojej nowej płyty."

Cofnąć się muszę w czasie, co przecież w cyberprzestrzeni słów uchodzi na sucho, żal byłoby nie skorzystać. I opowiedzieć od początku o wspomnianej już sielankowej niedzielnej wyprawie od początku. Pośród wymienianych jednym tchem lizbońskich „must to see” plątała się zawsze Sintra. Pomyśleliśmy więc, że dobry to pomysł nabrać dystansu do Lizbony i zatęsknić do niej, nie ryzykując popadnięcia w wielką nostalgię, wszak to zaledwie 30 i kilka kilometrów oddalenia…

Podróż rozpoczęta w neomanuelińskiej scenerii dworca w Rossio (Estação de Caminhos de Ferro do Rossio) zapowiadała się ekscytująco. Tymczasem, przyzwyczajeni do wszechogarniającego ciepła jeśli nie gorąca, ubrani naiwnie lekko, zastygliśmy w bezruchu na przystanku autobusu, który ze stacji miał nas zawieźć do Pałacu Monserrate. Na zwiedzanie wszystkich zamków i pałaców w Sintrze trzeba byłoby poświecić zapewne minimum 3 dni. Mając do dyspozycji kilka godzin ledwie, zdecydowaliśmy się na najbardziej kameralny (kto widział, ten wie, jak bardzo słowo to w tym kontekście zgrzyta) pałac Monserrate.

Zwiedzałam kuchnię i bibliotekę pałacu we szczególnym zaangażowaniem. Te dwa miesjca w każdym domu uważam za kluczowe dla zrozumienia kontekstu domowego zacisza. Potem ogrody zaaranżowane z rozmachech i wyobraźnią godna Francisa Cooka. Żal było opuszczać Sintrę.

Na krawędzi Cabo da Roca nuciłabym sobie Annę Marię, gdyby nie wspomniany wyżej impertynent wiatr. Uciekaliśmy stamtąd oszołomieni potęgą żywiołów, w stronę Cascais, które mnie... rozczarowało. Może po prostu inaczej sobie to wyobrażałam? Te tłumy, hałas, rozgardiasz na plaży, a wzdłuż niej przypadkowe cuda współczesnej architektury. A może trzeba było dać sobie więcej czasu i nie oceniać tak pochopnie? Pewnie tak... albo przyjechać wiosną i posnuć się jak duch na promenadzie ze wzrokiem zawieszonym na krawędzi oceanu?

Świadomość, że to ostatnia część moich opowieści z Lizbony, przytłacza smutkiem. Oznacza zamknięcie tego rozdziału. Nie wiem, kiedy znowu uda mi się sięgnąć po tę książkę. Od dawna należy do moich ulubionych.

A przecież wspomnienie spóźnionego poranka spędzonego na Miraduro da Gracia wciąż takie intensywne jak portugalska kawa. Po niej żadna inna nie smakuje tak samo. Choć kawoszem, jak już wiecie, nie jestem.

I stara przystań, początek i koniec każdej podróży, kiedyś i dzisiaj, zostawiłam tam wspomnienia beztroskich lizbońskich chwil i kilka, mam nadzieję, sytych, choć na chwilę, gołębi.

To jest dokładnie ten moment, kiedy wspomnienia są wciąż tak żywe, że opuszki dłoni cierpią na samą myśl o dotyku strun. Na lotnisku w Brukseli powita nas cisza. Zaśniemy słuchając fado z płyt kupionych w lizbońskim Fnacu. Poranek w pracy rozjaśni śpiew Anny Marii.

Słowa podziękowania należą się przede wszystkim Marcinowi Kydryńskiemu, za jego wrażliwość i pasję, z jaką odkrywa Lizbonę dla siebie i dla innych, za wszystkie niedzielne sjesty i „Muzykę moich ulic”. Krzysztofowi Gierakowi, autorowi bloga infolizbona – za informacje, które po wielekroć okazały się absolutnie pomocne. Znajdziecie tam wiele wskazówek i inspiracji oraz prowdopodobnie odpowiedź na każde pytanie, jakie postawicie autorowi. Jeśli wybieracie się do Lizbony czy w ogóle do Portugalii, zajrzyjcie tam koniecznie. 

Na koniec Tobie, jesteś moją Lizboną, wiesz? Dziękuję. 

Nie lękaj się - tylko stawiaj żagle.
I płyń - pewnie i odważnie.
Bo nie warto żyć inaczej.
(…)
Jeżeli przyjdzie ci
Żeglować długie lata
Z wdzięcznością witaj pojedyncze dni


A przekonamy się,
Czy za lustrami świata,
Są nowe ziemie, czy...
Nie ma nic. »

Anna Maria Jopek « Cabo da Roca » 


IMG_7833
Na pierwszym zdjęciu plaża w Estoril. Tu Mouraria. Sobota wieczór. Bawią się wszyscy.

IMG_7926
Pałac Monserrate w Sintrze.


IMG_7931
Kuchnia pałacu w Monserrate.

IMG_8340

IMG_8342

IMG_8274
Graça.

IMG_8212
Skwer przy Miradoura Da Graça.

IMG_8222

IMG_8196
Widoki z Miradoura Da Graça.

IMG_8188

IMG_8191

IMG_8169
Pani motorniczy w tramwaju 28E. Poniedziałkowy kurs. Wpięła sobie we włosy kwiat i zabrała do pracy dzieci, którym na przystankach pomagała w rozwiazywaniu krzyżówki. Synek obwieszczał pasażerom nazwy kolejnych przystanków.

IMG_8108
Stara przystań u stop Praça do Comércio.

IMG_8123

IMG_8087
Widok z promenady w Estoril na Cascais.

IMG_8002
Cabo da Roca.

IMG_8007

IMG_7994

IMG_8055

wtorek, 29 lipca 2014

Frozen mango yogurt.


 IMG_8679


Prosty i szybki sposób na ochłodzenie w czasie upałów. Mango możemy zastąpić innymi owocami, które akurat są dostępne. Dodać miętę lub kolendrę. Skórkę otartą z limonki. Wariacji może być wiele. Inaczej się nie da w takim upale... Polecam (uff!) gorąco!
 
 
IMG_8678

Frozen mango yogurt 
 
Składniki:
1 mango
700 g gęstego jogurtu greckiego
cukier do smaku
1 łyżeczka soku z cytryny
ekstrakt z wanilii opcjonalnie 
 
Przygotowanie:
1. Mango obieramy, kroimy w kostkę. Przekładamy do pojemniczka/woreczka i wkładamy do zamrażarki. Pozostawiamy tak na kilka godzin.
2. Miksujemy mango z jogurtem. Dosładzamy wedle uznania. Dodajemy wanilię i sok z cytryny. Mieszamy. Przekładamy do pojemniczków. Zjadamy bezzwłocznie.
 

IMG_8685
 
Smacznego!


piątek, 25 lipca 2014

Fritaty z cukinią i bobem.



W ciszy wieczoru słychać ćmy dobijające się do okien. Gorąc ustępuje dopiero ciemnościom nocy. Skrępowany wiatr nieśmiało krząta się po okolicy. Śliwę ogołocono z owoców. Współwinnych szukać należy także wśród ptactwa. Obierając kolejny kilogram śliwek na konfitury nie mogę się nadziwić, że nie ma w nich robaków, choć niepryskane, niczym innym, prócz dobrych myśli naszych, niepotraktowane. Trochę już jestem tym gotowaniem konfitur zmęczona. Tym bardziej, kiedy widzę jej efekty. Kilkanaście słoiczków… i ze 3 lub 4 przypalone garnki. Zdarza mi się zagapić, jak widać… Musi wystarczyć, nawet jeśli ten z kolendrą i skórką z limonki zjadłam niemal bezpośrednio po przygotowaniu. Przepisy z pewnością pojawią się tu niedługo.

Dzieciaki nasze dotarły bezpiecznie na kolonie. Odetchnęliśmy z ulgą.
- Robicie w domu jakiś remont? – pyta synek drugi.
(Zauważyłam, że lubią wracać do domu i doszukiwać się zmian jakie w nim zaszły).

Remontujemy, działamy, sprzątamy. Jak zawsze. My też lubimy wracać do odmienionego, nie tylko naszą nieobecnością, domu. Albo po prostu staranniej wysprzątanego.

W dużej mierze z racji okoliczności, ale także z naszej woli, półmetek roku także sprzyja porządkowaniu, obietnicom rzucanym w stronę lustra. Bo oto chyba dociera do nas, że wciąż jeszcze coś możemy zrobić. Zrewidować postanowienia podejmowane mniej lub bardziej świadomie w pierwszych dniach roku. Coś jeszcze zmienić. Początek nowego roku szkolnego lub dla innych koniec lata to właśnie te okoliczności, kiedy bardziej się chce, a i o motywację jakby łatwiej.

Martwią mnie tylko książki, które czekają na swój czas, zablokowane przez Myśliwskiego. Nie lubię i też nie mam w zwyczaju nie czytać książek do końca, a tej akurat skończyć nie mogę. Nie przekonała mnie do tej pory choć wciąż mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni. I tak trwamy w tym siłowaniu i oczekiwaniu.

-Podoba Wam się? – pytamy dzieci twarzami przytulonymi do siebie i do telefonu.
-Spoko! Mama!
Nic dodać nic ująć.

Nie mogę obiecać, że to już koniec przepisów z bobem w tym sezonie, bo oto właśnie popełniłam kolejy. Ale na razie zrobimy sobie trochę przerwy. Dziś jeszcze polecam Waszej uwadze bezglutenowe fritaty pieczone w muffinkowych foremkach lub w jednej większej formie. W miarę szybkie i proste w przygotowaniu. Idealne na letni lunch lub piknik. Polecam gorąco.

 


IMG_7351



Fritaty z cukinią i bobem

Składniki:
200 g obranego bobu
200 g startej cukinii
3 łyżki posiekanego koperku
1-2 łyżki posiekanej kolendry lub pietruszki lub koperku
2 jajka
kumin, sól, pieprz, cynamon
50 g suszonych pomidorów
40 g posiekanej szalotki
2 małe ząbki czosnku
2 łyżki gomasio (można zastąpić uprażonym sezamem)
pul biber lub płatki ostrej papryki
skórka otarta z limonki
2-3 łyżki mąki (u mnie mieszanka bezglutenowa)
               
Przygotowanie:
1.       Roztrzepujemy jajka. Łączymy je z z ziołami, skórką cytrynową, pul biber i pomidorami.
2.      Podduszamy szalotkę i czosnek na oliwie. Odstawiamy do ostudzenia.
3.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
4.      Mąkę łączymy z gomasio.
5.      Wymieszany bób z cukinią zalewamy mieszanką jajeczną. Doprawiamy. Dodajemy szalotkę. Całość zasypujemy mąką. Mieszamy. Przelewamy do foremek wysmarowanych masłem i wysypanych bułką tartą lub wyłożonych papilotkami (weźmy pod uwagę, że namokną. Wersja z bułką tartą jest lepsza w tym kontekście ale już nie bezglutenowa, chyba we dysponujemy takową bułką tartą).
 


IMG_7332


Smacznego!

środa, 23 lipca 2014

Serowa tarta z bobem.


IMG_7379


To jest chyba dokładnie ten moment lata, kiedy zdecydowanie zaczyna ono przyspieszać, nim przekaże pałeczkę jesieni. Wstaję z trybun. Chciałoby się krzyknąć - NIE! Zawołać - Po co tak gnasz? Nie wtargnę na bieżnię, próbując je dogonić, zatrzymać. Usiądę z boku, chłonąc podmuch, który po sobie zostawia. Wiem, u Was to prawdziwa fala gorąca, od której wszyscy chcieliby już z pewnością odsapnąć. U nas zdecydowanie niższe temperatury.

Ja postoję może jeszcze chwilę i tak, choćby pro forma, zawołam - zostań jeszcze...zwolnij... po co się tak spieszyć? Hej, lato!

Polecam dziś Waszej uwadze tartę z bobem, jakże by inaczej. Podana ze świeżą sałatą z lekkim winegretem wystarczy za kompletny posiłek dla 2 może 3 osób. Polecam gorąco (ups...)




IMG_7371



Serowa tarta z bobem i pomidorami

Składniki:
Na spód:
120 g mąki
60 tartego parmezanu
1 jajko
80 g masła pokrojonego na mniejsze kawałki

Na farsz:
300 g upieczonego lub ugotowanego, zblanszowanego bobu*
3 małe jajka
1 opakowanie serka Philadelphia
3-4 łyżki posiekanego koperku
1 łyżeczka soku z limonki
skórka otarta z limonki
sól, pieprz, ostra papryczka

Ponadto:
1 duży pomidor
30 g parmezanu
30 g bułki tartej
wiórki masła (ok. 2-3 łyżek)

Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy ciasto przez szybkie połączenie składników i sprawne zagniecenie ciasta. Starajmy się nie ogrzewać ciasta dłońmi przez nadmierne wyrabianie.  Zawijamy w folię, wkładamy do lodówki na czas przygotowania reszty składników.
2.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 190 stopni.
3.      Jajka ubijamy mikserem, dodajemy serek, zioła, limonkę. Doprawiamy. Mieszamy.
4.      Ciasto wykładamy do formy na tartę wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą.
5.      Wysypujemy bób, który zalewamy jajkami.
6.      Na wierzchu układamy pokrojone w plastry pomidory.
7.      Pomidory posypujemy parmezanem wymieszanym z bułką. Całość posypujemy wiórkami masła.
8.      Pieczemy ok. 30-40 minut.

*bób wrzucamy do garnka z wrzątkiem, solimy. Gotujemy 2-3 minuty, przelewamy na sitko, zalewamy zimną wodą. Obieramy.
 



Smacznego!