środa, 23 lipca 2014

Serowa tarta z bobem.


IMG_7379


To jest chyba dokładnie ten moment lata, kiedy zdecydowanie zaczyna ono przyspieszać, nim przekaże pałeczkę jesieni. Wstaję z trybun. Chciałoby się krzyknąć - NIE! Zawołać - Po co tak gnasz? Nie wtargnę na bieżnię, próbując je dogonić, zatrzymać. Usiądę z boku, chłonąc podmuch, który po sobie zostawia. Wiem, u Was to prawdziwa fala gorąca, od której wszyscy chcieliby już z pewnością odsapnąć. U nas zdecydowanie niższe temperatury.

Ja postoję może jeszcze chwilę i tak, choćby pro forma, zawołam - zostań jeszcze...zwolnij... po co się tak spieszyć? Hej, lato!

Polecam dziś Waszej uwadze tartę z bobem, jakże by inaczej. Podana ze świeżą sałatą z lekkim winegretem wystarczy za kompletny posiłek dla 2 może 3 osób. Polecam gorąco (ups...)




IMG_7371



Serowa tarta z bobem i pomidorami

Składniki:
Na spód:
120 g mąki
60 tartego parmezanu
1 jajko
80 g masła pokrojonego na mniejsze kawałki

Na farsz:
300 g upieczonego lub ugotowanego, zblanszowanego bobu*
3 małe jajka
1 opakowanie serka Philadelphia
3-4 łyżki posiekanego koperku
1 łyżeczka soku z limonki
skórka otarta z limonki
sól, pieprz, ostra papryczka

Ponadto:
1 duży pomidor
30 g parmezanu
30 g bułki tartej
wiórki masła (ok. 2-3 łyżek)

Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy ciasto przez szybkie połączenie składników i sprawne zagniecenie ciasta. Starajmy się nie ogrzewać ciasta dłońmi przez nadmierne wyrabianie.  Zawijamy w folię, wkładamy do lodówki na czas przygotowania reszty składników.
2.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 190 stopni.
3.      Jajka ubijamy mikserem, dodajemy serek, zioła, limonkę. Doprawiamy. Mieszamy.
4.      Ciasto wykładamy do formy na tartę wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą.
5.      Wysypujemy bób, który zalewamy jajkami.
6.      Na wierzchu układamy pokrojone w plastry pomidory.
7.      Pomidory posypujemy parmezanem wymieszanym z bułką. Całość posypujemy wiórkami masła.
8.      Pieczemy ok. 30-40 minut.

*bób wrzucamy do garnka z wrzątkiem, solimy. Gotujemy 2-3 minuty, przelewamy na sitko, zalewamy zimną wodą. Obieramy.
 



Smacznego!

poniedziałek, 21 lipca 2014

Opowieści z Lizbony, część 2.


IMG_7566



Nie wiem ile razy zasiadałam do komputera, żeby po powrocie spisać moje/nasze lizbońskie wrażenia. To nie zmęczenie, niewyspanie czy nadmiar innych zajęć unieruchamiały ręce ułożone na klawiaturze.

Pewnie wielu tak ma, emocje muszą ostygnąć, dać się poukładać, przemyśleć, zracjonalizować w ostateczności. Dystans, który powstał w moim przypadku zaowocował głównie wątpliwościami. Lizbona bowiem mnie rozczuliła, wzruszyła. W przeciwieństwie do innych wielkich europejskich stolic ona jedna wydała mi się taka bezbronna wobec tłumów, które przybywają tu by coś dla siebie zdobyć, mieć choćby przez chwilę na własność. Choć potłuczone azulejos kupione na Targu Złodziei, ujęte w miliony kadrów widoki z licznych miraduro (punktów widokowych) wspomnienia nocy spędzonych w dyskotekach, wspomaganych zakupami dokonanymi na placu Rossio. Tłumaczę to nieporadnie i nieskładnie, wiem. Miałam czasami wrażenie niestosowności pośpiechu tłumu, zgiełku, który generował, miałkości i komercyjnej degrengolady, podczas gdy cisza, spokój i uważność wydawały mi się najbardziej na miejscu. I może turyści zawsze i wszędzie tacy po prostu są, szczególnie w naszych czasach. Ale to akurat Lizbona wydawała mi się takim traktowaniem niezasłużenie potraktowana.

Dlatego za każdym razem drżała mi ręka, by utknąć w końcu w bezruchu nad klawiaturą. Bo czyż nie tak właśnie postąpili wszyscy Ci, którzy stamtąd wrócili? I jednocześnie – może właśnie to całe pisanie, niech ono będzie jak podziękowanie. Dokładnie tak, jak napisał to Marcin Kydryński we wstępie do swojej książki.*

Piszę więc dalej, a skończyłam wczoraj na spacerze w stronę Belém. W okolicy Pomnika Odkrywców spotykamy współczesnych zdobywców codzienności. Muskularnych młodzieńców o opalonych ciałach w rytmicznych truchcie, kobiety może i mniej atrakcyjne, bo nieco już starsze (to jedna z tych smutnych refleksji po drugiej stronie mocy), nie dających się zidentyfikować rowerzystów, starszych panów na segwayach i wreszcie – wędkarza walczącego z podmuchami wiatru. Do tego odwracająca uwagę fontanna (Uwaga! Do podziwiania jedynie do 21.00) przed klasztorem Hieronimitów. A tak chciałoby się zatrzymać, zadumać nad wyprawami, które bezpowrotnie zmieniały losy świata. Światło zasypiającego dnia jest tak kusząco miękkie, że chciałoby się je dotknąć.

Do Casa Pastéis de Belém docieramy późnym wieczorem, kiedy nie ma tu tak charakterystycznych dla tego miejsca tłumów, a wolny stolik zdobyć można szybciej niż taksówkę. Zapuszczam się w labirynt sal, by dotrzeć w końcu do przeszklonego "serca" cukierni i podpatrzeć cukierniczkę przy pracy. To tutaj produkuje się Pastéis de Belém. Pyszne ciasteczka według tradycyjnej i pilnie strzeżonej receptury. To tutaj podobno narodził się zwyczaj posypywania ciasteczek cynamonem lub cukrem pudrem. Powiedzieć o nich, że to po prostu krem budyniowy otulony płatkami ciasta francuskiego wydaje się co najmniej, już choćby z szacunku dla tradycji, niestosowne. Od tego, jak bardzo blisko i jednocześnie daleko jesteśmy od trafności tak uproszczonej definicji, zależy zdecydowanie miejsce, w którym dokonamy zakupu naszych ciasteczek. Najlepsze jadłam we wspomnianej już poprzednio Confeitaria National. Nie żałujcie cynamonu! Rozbudza moją wyobraźnię informacja o mnichach cierpiących z powodu nadmiaru żółtek. Białek bowiem używali do bielenia habitów. By żółtka się nie marnowały wymyślono recepturę pastéis de Belém i zapewne wielu innych cudownie słodkich portugalskich specjałów. By wymienić niektóre z nich - „barriga de freira” (brzuch zakonnicy), „papos de anjo” (skrzydło anioła) i „toucinho Céu” (bekon z nieba). Warte spróbowania są również typowe portugalskie desery „leite-creme” (deser składający się z kremu jajecznego pokrytego karmelem), „arroz doce” (popularny pudding ryżowy). Pytajcie o nie w Confeitaria National i Nicoli na placu Rossio.

Na naszych oczach zasypiał pierwszy dzień pobytu w Lizbonie. A może miała to być jedynie krótka drzemka? Doświadczenia kolejnych dni przyniosły nam odpowiedź.

Alfama przyciągała jak magnez. Nie było dnia, byśmy nie zawrócili naszych ścieżek w jej kierunku, by pobłądzić tam na nowo. By zatrzymać się choćby na chwilę. Na Miradouro das Portas do Sol, póki słońce łaskawe a większość amatorów turystyki wciąż jeszcze śniada. Spotykamy Wilfredo, o którym pisał Marcin Kydryński. To dzięki niemu w mijanym mnie człowieku zobaczę niemal starego dobrego znajomego, bo nagle po lekturze książki wyda mi się, że tak wiele o nim wiem. O złudzenia tak łatwo w otępiającym świetle Lizbony. Niedane jest nam usłyszeć, jak Wilfredo gra. Akurat pakuje swoją gitarę do futerału. Jakby w pośpiechu, irytacji. Odchodzi szybko przeliczywszy drobne przesypane z futerału w otwarte dłonie. Może stąd ta irytacja.

  przetłumaczone jako „punkt widokowy bram słońca” brzmi magicznie i gdyby nie to słońce posiedziałabym tu chwilę dłużej. Po chwilowym zasłabnięciu na progu Elevador do Carmo jestem ostrożniejsza. Na nic zdał się kapelusz z dużym rondem, żadna tam panama czy choćby fedora, porządny, w razie potrzeby otulający cieniem ramiona, jak szalem. I co? Za dużo słońca! I tak właśnie tak wolę.

Za każdym razem od nowa olśniewa biel tarasu rozpostarta nad ceglastymi dachami, do tego spokój Tagu i względna cisza przerywana interwałami poruszenia wywołanego przyjazdem nowych turystów. Wysypują się regularnie z tramwaju 28E. Patrzę na to jakbym sama nie była turystką, przechodniem ledwie. Ale chyba często tak mamy, wydaje nam się, że my nie jesteśmy tacy sami. Tylko miejscowi mają ten zmysł i wyczują fałsz. Na nic zda się ukrycie aparatu w plecaku, styl elegancki acz niewymuszony i mina mówiąca "Taki upał to moja codzienność". Rozszyfrują cię, namierzą i zaoferują marihuanę lub kokainę na placu Rossio. Nie raz, nie dwa a kilka razy podczas jednego tylko niepiesznego spaceru po placu.

„Skazańcow wyprowadzano w Kościoła na plac Rossio i po serii najwyszukańszych tortur najchętniej palono. To stanowiło regularne i z wdzięczonością przyjmowane przez większość społeczności atrakcje. W odległej przyszłości miał te przyjmności zastąpić futbol.
W kolejnej epoce na placu traciły życie byki, konie i nieuchronnie kilku torreadorów podczas korridy”. Żyli w ciekawych czasach. A my?

cdn.



IMG_7552
 Na Targu Złodziei...

IMG_7545

IMG_7594

Miradouro das Portas do Sol


IMG_7603
Wilfredo


IMG_7624

IMG_7633

IMG_7635IMG_7638


IMG_7668IMG_7671

IMG_7679

IMG_7859

IMG_7881


* "Lizbona. Muzyka moich ulic" Marcin Kydryński, Burda NG Polska 

cdn...

piątek, 18 lipca 2014

Opowieści z Lizbony, część 1.


IMG_8401

Nadszedł czas wywiązania się z obietnic.
Obiecałam Wam przecież całkiem niedawno opowieść o naszej wizycie w Lizbonie i kolejne przepisy z bobem w roli głównej. Oto i one, w odwrotnej kolejności.

Bób, kolendra i chorizo

Składniki:
400 g pomidorowej passaty (lub pomidorów pokrojonych z puszki)
1 duży ząbek czosnku
1 nieduża cebula
kumin, szczypta cynamonu, sól, pieprz i odrobina cukru
ok. 200 g bobu, może być ze skórką jeśli jest mały i świeży
kawałek chorizo lub wędzonego boczku
świeża kolendra

Przygotowanie:
 1. Posiekaną cebulę podduszamy na odrobinie oleju. Dodajemy posiekany czosnek. Posypujemy, solą, cukrem, kuminem i pieprzem. Mieszamy, podduszamy jeszcze chwilę. Dodajemy bób, podlewamy odrobiną wody. Po mniej więcej 10 minutach zalewamy pomidorami.
2. Przykrywamy, gotujemy.
3. Na osobnej patelni podsmażamy chorizo, aż wytopi się z nij tłuszcz.
4. Chorizo dodajemy do pomidorów z bobem. Mieszamy. Gotujemy jeszcze chwilę razem do chrupkości bobu, podlewając w razie potrzeby odrobiną wody.
4. Doprawiamy ostrą papryką.
5. Przed podaniemposypujemy obficie posiekaną kolendrą.

Smacznego!

IMG_8413

IMG_8409

IMG_7599



Z marzeniami jak z winem. Zyskują, gdy leżakują na półkach wyobraźni. A zrealizowane wreszcie, nabierają mocy i głębi, smakują intensywniej.

Chiado. Czekam na tramwaj. I cud-męża, który poszedł po bilety. Wymyślam sobie pierwsze zdanie tekstu, który napiszę po powrocie z Lizbony. I przestaję się denerwować, że nie ma go tak długo. Jakże bym mogła? Gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj.

Pewnego czerwcowego dnia usłyszałam tylko – Weź dwa dni urlopu, dobrze? To ważne. Wskazany termin ujmował w nawias dni moich czterdziestych urodzin (waham się, czy napisać to w formie liczby czy słowem całym… niczego to jednak już nie zmieni, prawda?) Niech więc będzie,  niespodzianka. Nie zachodziłam w głowę z domysłami, nie zawracałam głowy pytaniami, końcówka roku szkolnego ma swoje priorytety. Ale wtedy, chyba po raz pierwszy w życiu, ucieszyłam się, że obchodzę urodziny latem. (Kto ma – ten wie, jaka to, szczególnie dla dziecka, a potem nastolatki niefortunna data). Bo zapewne gdzieś wyjedziemy, a dzieci w tym czasie zaopiekowanie. To dopiero będzie LUZ BLUES. O tym, że raczej FADO dowiedziałam się przypadkiem. Odrabialiśmy lekcje z synkiem pierwszym. Ja – kręcąc się w kuchni, on – przy kuchennym stole szukał informacji w komputerze cud-męża. - Wszędzie ta Lizbona! O co chodzi z tą Lizboną? Hotele w Lizbonie, loty do Lizbony…  - indagował synek. Gdyby nie cookies pewnie trwałabym w nieświadomości jeszcze kilka tygodni. Cud-mąż nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Ale ja już wiedziałam. I zaczęłam się przygotowywać. (W końcu miało się zrealizować moje wielkie marzenie). Z radością dziecka i jednocześnie ekscytacją typową już raczej dla dorosłych (wiek, w końcu jednak, zobowiązuje).

Sięgnęłam po "Muzykę moich ulic"*. I przepadłam. Lekturę tej książki odkładałam specjalnie na ten właśnie moment. "Muzyka moich ulic" jest więc próbą podziękowania miastu, które mnie przyjęło. Fakt, że bez szczególnego entuzjazmu, ale i bez najmniejszej wrogości, a to już bardzo dużo" - pisał Marcin Kydryński. Na tyle liczyłam. I na to światło i gorąc (naiwnie licząc, że z tym drugim poradzę sobie bez problemu).

Opuszczaliśmy szarą, zimną Brukselę, zlaną deszczem, który padał niemal nieustannie od kilku dni. Z bagażem podręcznym, "Lizboną" w torebce i słomkowym kapeluszem w dłoni. W tamtych okolicznościach pogody wyglądał bardziej surrealistycznie niż but w butonierce. Adieu Bruxelles!

Może powinnam już tam być, wylądować, co widziałam opisać, zdjęcia wrzucić i nie przeciągać? ("Ktoś jeszcze chce czytać cokolwiek"?**) Pozwólcie jednak, że się rozpiszę.

Oberwaliśmy tym wyśnionym, wymarzonym światłem jak obuchem. Zamroczeni drogą z chmur, zbrukselowani jeszcze tamtym klimatem. Tu nie pasuje inne słowo. Obuch. Uderzenie. Bicz światła miotający ciosy na oślep. I słońce. Ledwie przecież rozgrzewające się tą poranną porą. Kilkanaście zachwytów później stwierdzam, że tłem całego spektaklu jest zawsze doskonały, nieskalany jedną choćby chmurką, błękit nieba.

Nadszedł czas stawienia czoła rzeczywistości. Bilety, metro, bagaż, choć podręczny, ciążył coraz bardziej w poszukiwaniach hotelu. To wtedy chyba zaczął się ten taniec, którego kroki zmierzały zawsze w stronę cienia. Zachwycił nas hotel, wnętrzem z duszą, serdeczną, dyskretną obsługą i ogródkiem, w którym smakowaliśmy po raz pierwszy prawdziwą portugalską kawę.  Kawosz ze mnie marny. Mając do wyboru kawę sypaną czy z ekspresu, zawsze wybiorę zieloną herbatę. Tu zmieniłam się w fanatyka kawy. Ale te urocze małe filiżanki oferowały swoją zawartością prawdziwą rozkosz ożywienia i energii tak nam niezbędną w wędrówce po lizbońskim bruku.

Pierwsze lokalne wrażenia to wizyta w restauracji w okolicach escalador da Bica - Principe do Calhariz***. Turysta może tu trafić pewnie tylko przez przypadek. Ale będzie pozytywnie zaskoczony. Atmosferą, jedzeniem i cenami.

Zaskakuje nas na każdym kroku widok domów przystrojonych jak na karnawał (to, jeśli się nie mylę pozostałości po czerwcowej paradzie, a może tu jest tak zawsze?) a przecież nie dotarliśmy jeszcze na Alfamę! 

Tymczasem przed nami kolejny żelazny punkt programu. Czarująca podróż tramwajem 28? Ha! Dlaczego wszyscy jadą w tym samym kierunku? Z czasem przyzwyczajamy się. Ze świadomością, że trwa to najwyżej kilka przystanków jest łatwiej. Można nawet zaakceptować nieświeży oddech sąsiada na wysokości nagiego karku.
Nad głowami szeleści błękitna koszula, z czerwonych portek kapie nam na stopy woda, w powietrzu unosi się zapach środków piorących Jesteśmy w Alfamie. Choć nieco dalej nam do zachwytów wywoływanych zdjęciami z przewodników. Widziana z bliska Alfama może wywoływać mieszane uczucia. Całość ma potencjał, charakter szlifowany w wąskich ulicach dzielnicy a jednak nie sposób jest oprzeć się wrażeniu smutku, miejscami nawet beznadziei. Wiele budynków, jeśli już nie są po prostu ruiną, to stoją na krawędzi. A jednak z twarzy miejscowych wyczytać można spokój i godność. Są bardzo życzliwi i otwarci. Uśmiechnięci. 

To dopiero pierwsza z wielu, tych zaplanowanych i tych mniej, wizyt w Alfamie. Tymczasem czas na sjestę (sic!) czujemy bowiem jak powoli opadamy z sił. Czas podnieść poziom cukru i przyspieszyć bicie serca. Przed nami Confeitaria National jedna z najstarszych cukierni w mieście. Tutaj obowiązkowo pasteis de nata (choć już od samego tylko patrzenia na wszystkie te słodkości może zaboleć glowa). Zamawiamy dobrze schłodzony Sagres, kawę i Mazagran (dobrze schłodzoną wodę, mocną kawę na zimno podane w wysokiej szklance, z plastrem limonki. Całość wygląda ciekawie, warto przejść szybki kurs picia Mazagran – uroczy kelner chętnie prezentuje jak się do tego zabrać).

Lokal opuszczamy z wigorem i nową energią do zwiedzania. Zupełnie nie ci sami, co jeszcze przed chwilą.
Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy na dłuuuugi spacer po Belem. Ale o tym przeczytacie w drugiej części opowieści z Lizbony.

cdn. 


IMG_7418IMG_7395

IMG_7416

IMG_7397
Escalador da Bica
 

Urocze Tuk-Tuki.



IMG_7691
 Elevador de Santa Justa



IMG_7433
Widoki z tarasu na Elevador de Santa Justa


IMG_7435

IMG_7432



IMG_7468IMG_7465
Praça da Figueira, 18B
www.confeitarianacional.com
Otwarte codziennie od 8:00 do 20:00
 


IMG_7492
 Padrão dos Descobrimentos czyli Pomnik Odkrywców w Belem.

IMG_7519IMG_7528
Casa Pastéis de Belém, Rua Belém 84-92
www.pasteisdebelem.pt, otwarte codziennie od 08:00 do 23:00


.........................................................................


* "Lizbona. Muzyka moich ulic" Marcin Kydryński, Burda NG Polska
** Ibidem.
***Principe do Calhariz,Calcada Combro 28/30, otwarte od niedzieli do piątku od 12:00 do 15:30 i od 19:00 do 22:30



IMG_7515